Janusz Rokicki: sięgnę po to, co zostało mi odebrane!
fot. Inga Świetlicka

Janusz Rokicki: sięgnę po to, co zostało mi odebrane!

  • Data publikacji: 08.11.2019, 12:35

Ile w życiu znaczy centymetr? Historia Janusza Rokickiego, trzykrotnego wicemistrza paraolimpijskiego, który w dramatycznych okolicznościach w wieku 18 lat stracił nogi jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – jest niezwykła. Mógł zginąć na torach, ale przeżył i został paraolimpijczykiem, jednym z najlepszych kulomiotów świata. Dziś (piątek, 8.11) wystartuje w konkursie pchnięcia kulą podczas Paralekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Dubaju. Rozmawiała z nim Paulina Malinowska-Kowalczyk, rzeczniczka Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego.

 

W zeszłym roku po Paralekkoatletycznych ME takie tytuły jak „polski tajfun nad Berlinem" i „wielkie historie wielkiego sportu" obiegły Internet. To twoje nazwisko zawsze było wymieniane.

 

- Tak, były takie tytuły. Pytałaś mnie też, czy nie poprzewracało mi się w głowie (śmiech). Nie! To było takie miłe. Kiedy zadzwonił do mnie Przemysław Paszowski i powiedział, że dotarło to do ćwierć miliona ludzi to nie mogłem uwierzyć. Ale jestem już starszym zawodnikiem, przetrenowałem sumiennie tyle lat, nic do głowy mi nie uderzyło.

 

Czterokrotnie uczestniczyłeś w igrzyskach paraolimpijskich, zdobyłeś trzy srebrne medale. Mistrzem świata byłeś w 2015 roku i jesteś ciągle mistrzem Europy.

 

- Dużo było tych wyników, ale miesiąc temu zostałem pozbawiony rekordu świata, dobrze, że mam jeszcze rekord Europy. Jeśli wszystko dobrze się potoczy, to może w przyszłym roku znowu sięgnę po to, co zostało mi niedawno zabrane.

 

Mówi się, że kulomioci mają w mięśniach każdy centymetr, który centymetr najbardziej bolał?

 

- Najbardziej bolesny start miałem w Pekinie, na igrzyskach, gdzie przegrałem można powiedzieć nawet nie o 1 cm. Wtedy były połączone grupy i okazało się, że było nawet mniej niż centymetr, jeden punkt. Ktoś mi czasem mówi: a tam 5 centymetrów, a ja mówię wtedy: człowieku nie zdajesz sobie sprawy, ile w życiu znaczy centymetr. To był dla mnie kubeł zimnej wody.

 

Czwarte miejsce w Pekinie trudno nazwać porażką, bo ciągle jest to świetne miejsce, ale to jest moment, kiedy można w siebie zwątpić. Ty sobie poradziłeś.

 

- Ja w siebie nie zwątpiłem, ponieważ to były moje dwa najlepsze pchnięcia w życiu. Wyszedłem ze stadionu i dawno nie byłem tak wściekły. Nie wiedziałem na kogo? Na siebie? Jeżeli brakłoby pół metra, lepiej bym to zniósł. Trener Zbigniew Gryżboń przyszedł do mnie, przytulił mnie, i powiedział, że następnym razem będzie dobrze. 

 

A który centymetr najbardziej Cię cieszył?

 

- Pamiętam jak w Londynie w 2017 roku (przyp.red. mistrzostwa świata) byłem załamany po pierwszej serii rzutów. Zajmowałem 4. miejsce i myślałem, czy mam poddać się bez walki? To przecież tak nie po mojemu! I wtedy wygrałem z rywalem o centymetry.

 

Co będzie w Dubaju?

 

- Patrząc realnie, ten rok ze względu na kontuzje, był słabszy w przygotowaniach. Chciałbym dostać się do wąskiego finału. Na mistrzostwa świata przyjeżdżają najlepsi zawodnicy, ciężko tak gdybać, patrząc na rankingi. Może doświadczenie mi pomoże?

 

Wracasz czasami do momentu, kiedy straciłeś nogi?

 

- Siostra dzwoni ostatnio i mówi, że będę miał rocznicę. 1 września. Myślę sobie, czego? Faceci nie są tak poukładani z datami. Ślub był w maju... Wypadku, mówi. Wykasowałem to z pamięci. Mieć 18 lat, stracić nogi... Teraz niepełnosprawni są w dużo lepszej sytuacji niż wtedy. Można wziąć internet i poczytać wszystko od A do Z. Kiedyś nic nie było. Człowiek nie widział, czy będzie mógł chodzić. Nie wiedziałem, że jest sport niepełnosprawnych. Tyle lat jeździłem do Wisły, widziałem niepełnosprawnych na wózku, do głowy mi nie przyszło, że mogą coś robić. Straconych tyle lat. Teraz staram się zachęcać osoby niepełnosprawne do sportu. Nie trzeba żyć zamkniętym w domu z pilotem w ręku lub komórką, ale trzeba wyjść, zacząć trenować, swoje zdrowie podreperować. Czasami sobie myślę, że trzeba będzie skończyć z tym sportem, ale... Co ja będę robił? Jeśli 18 czy 19 lat się trenuje, poświęci się prawie połowę życia, to ciężko zrezygnować.

 

Masz swój klub, rola trenera nie chodzi ci pogłowie?

 

- Chodzi, zresztą po trochu już to robię. Nie mam jeszcze skończonego instruktora, ale wszyscy mówią, żebym się za to zabrał. Będę musiał to w końcu zrobić. Chciałbym swoją wiedzę, doświadczenie, błędy na własnym grzbiecie wypróbowane, przekazać. To była bardzo dobra szkoła.

 

To życzę ci medalu w Dubaju, medalu w Tokio i medalisty.

 

- Dziękuję.

 

źródło: informacja prasowa